TOP

O spacerach i imbrykach na krakowskim Kazimierzu

Być może ta pogoda sprawia, że bierze nas na wspominki. W podobnej aurze jak dzisiejsza jakiś czas temu popijaliśmy herbatę na krakowskim Kazimierzu. Pewnie część z Was zastanawia się, po jaką cholerę robić to w lokalu i jeszcze za to płacić, skoro można spokojnie napić się jej w domu i też będzie fajnie. Wiemy jednak dobrze, że zdecydowana większość tego, co znajdziemy w typowej polskiej szafce, nawet nie leżała obok prawdziwej herbaty. Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedzi trzeba poszukiwać w kilku źródłach.

Szczypta zachwytu czy łyk cierpienia?

Jak szacują ekonomiści, rynek herbaty w Polsce w 2018 roku osiągnie wartość 2,25 miliardów złotych. Sprawa, z finansowego punktu widzenia, jest więc ważka. Ale czy producenci mają o co się bić? W końcu statystyczny Polak i tak sięgnie po herbatę ze średniej półki cenowej, którą zna z reklamy emitowanej na okrągło.



My, zwykli śmiertelnicy, biegający w mrówczym pędzie pomiędzy pracą a domem, korzystamy z tego, co mamy pod ręką. A mamy pod ręką to, co znajdziemy na półce w supermarkecie. I nie ma w tym nic zdrożnego, gdyby nie fakt, że koncerny trzymające rynek w ryzach promują w zdecydowanej większości nie herbatę, a produkt uboczny powstający w wyniku jej wytwarzania. Tak tak – to, co znajdziecie wewnątrz torebki z żółtą zawieszką („symbolem dobrego smaku”) to herbaciane odpady, pył i pokruszone brzegi listków, które zostają wymiecione do torebek. Te liście, które są w całości i miały więcej szczęścia, trafiają do kartoników sprzedawanych pod nazwą herbata liściasta.

W zdecydowanej większości (z kilkoma pozytywnymi wyjątkami) herbata torebkowa to nie jak w pierwotnym założeniu wygodna alternatywa dla uciążliwych (jak się niektórym zdaje) herbat liściastych, lecz produkt uboczny, z którym coś trzeba było zrobić, żeby się nie zmarnował i jeszcze przyniósł zysk. Smak takiego naparu (często przeparzonego) zazwyczaj jest tak cierpki, że trzeba przykryć go paroma łyżeczkami cukru.

W poszukiwaniu złotego środka

Gdzie w tym herbacianym świecie znaleźć rozwiązanie? Czy kompromis zawsze musi być zgniły? A no nie musi. Pomiędzy hipsterskim poszukiwaniem najdziwniejszych herbat i prześciganiu się, kto pije drożej a Minutką wrzucaną bezwiednie do szklanki jest przecież coś jeszcze. W Polsce też można kupić bardzo dobrą herbatę w rozsądnej cenie. Wystarczy tylko trochę się rozejrzeć.

Mamy do wyboru stacjonarne i internetowe sklepy z herbatą, mamy wreszcie spożywczaki, w których też czasem można dostać coś dobrego. Żeby nie być gołosłownym: Big-Active (6 zł), Impra (7 zł) czy Ahmad Tea (10 zł), trzymają świetny poziom przy rozsądnej cenie.

Obalamy mity związane z herbatą, które najczęściej słyszymy:

  • Nie lubię zielonej herbaty, bo jest gorzka

Dobrze zaparzona zielona herbata nie będzie gorzka. Woda w temperaturze 90 stopni i parzenie nie dłuższe niż 3 minuty załatwiają sprawę (niektórzy preferują dłużej)

  • Parzenie herbaty jest skomplikowane

Wystarczy metalowe sitko albo papierowy filtr, żeby ta czynność stała się banalna.

  • Nie lubię liściastej herbaty, bo fusy wchodzą mi do buzi

Niektórym nie chce się odcedzić herbaty, więc fusy będą się pałętać… cóż poradzić na lenistwo 🙂

Po co nam herbaciarnie w Polsce?

Herbaciarnie to wciąż niedoceniane miejsca na gastronomicznej mapie Polski. A jak niedoceniane, to nierentowne. Niektórym kojarzą się z indyjskimi kadzidełkami, szarawarami, dzwoneczkami i siedzeniem na dywanie. Innym z hipsterską fanaberią i przerostem formy nad treścią.

A przecież herbaciarnie, analogicznie jak restauracje, mają za zadanie otwierać umysły, poszerzać horyzonty i za pomocą smaków przenosić do miejsc, do których większość nas nigdy w swoim życiu nie pojedzie. Tu liczy się więc nie tylko sam napar, sposób jego podania, ale również otoczenie, w jakim się go pije. Ważna jest też rola samej obsługi, która z wyczuciem musi edukować klienta o produkcie, zanim go on jeszcze spróbuje. Dobrze, jeśli oswoi go też z samym miejscem. Widać, że ludzie – nieprzyzwyczajeni do bywania w takich stylizowanych lokalach – czasem czują się nieswojo.

To w końcu zdjąć te buty czy nie? Biłam się z myślami, gdy wdrapywałam się na podest w Cheder Cafe albo wchodziłam na makatkowy dywan w Czajowni. Skrępowanie może wywoływać również dzwoneczek, za pomocą którego wołamy obsługę do stołu. Niby nic, a jednak. Chcemy być przecież grzeczni i swobodni zarazem. Wszystko jest jak widać kwestią obycia.

Trochę popsioczyliśmy na rodaków, więc pora przejść do pozytywów. Jak wynika z raportu opublikowanego przez portalspozywczy.pl, w Polsce rośnie spożycie herbaty zielonej i nie jest to spowodowane masowym przyjazdem nad Wisłę Azjatów 🙂

Jeśli interesuje Was ten temat, odsyłamy do Czajnikowego, który o herbacie wie bardzo wiele i chętnie się tą wiedzą z Wami podzieli 😉

Czaj … czaj… Czajownia. Herbaciany łyk w ruskiej izbie

Herbaciarnia na krakowskim Kazimierzu zaskoczyła nas nietypowym wystrojem wnętrza i podziałem na pokoje. My akurat rozgościliśmy się w kąciku stylizowanym na rosyjską izbę sprzed lat.

Pomysł na lokal został przeniesiony z Czech. Ceny są tu dość wysokie, choć rekompensuje je szalenie pojemna karta – herbacianych opcji było tu wiele. Lokal jest dość ciemny. Na miejscu działa sklepik z różnymi ciekawymi herbatami i akcesoriami. My skusiliśmy się akurat na Pu-erh – susz zamknięty w prawdziwej, wysuszonej mandarynce.

Na miejscu wypiliśmy między innymi masala chai – indyjską herbatę Assam wzbogaconą aromatycznymi przyprawami (m.in. czarnym pieprzem, kardamonem i goździkami) podaną z mlekiem i cukrem. Trzeba przyznać, że napar był wyrazisty i rzeczywiście rozgrzewający.

Dzwoneczek do wzywania obsługi

W Czajowni cieszy fakt, że obsługa jest szczerze zainteresowana swoją pracą. Jest nie tylko uprzejma i życzliwa w stosunku do gościa, ale też wie, co mu podaje. A w tego typu miejscach zdecydowanie wypada wiedzieć, co się serwuje.

Czajownia

Józefa 25, Kraków

Czajownia na FB

 

Cheder Cafe

Cheder Cafe to lokal w stylu żydowskim, o czym świadczy nie tylko menu, ale także regały pełne ksiąg o takiej tematyce. Nie było więc dla nas zaskoczeniem, gdy w karcie dostrzegliśmy kawę po izraelsku (podaną w tradycyjnym tygielku – findżanie, z przyprawami korzennymi; 22 zł za 650 ml) oraz herbatę po izraelsku (świeża mięta z czarną herbatą i cukrem; 9 zł). Kawa była nieklarowna, zawiesista, swobodnie pływały w niej ziarna przypraw. Była też bardzo aromatyczna. Herbata była rześka, z mocną nutą mięty. Było czuć, że pływające w środku gałązki mięty dają mocną świeżość.

Choć dodatki wydają się banalne i łatwe do zastąpienia w warunkach domowych, po tym, jak się ich spróbuje, można dojść do wniosku, że mamy do czynienia z czymś bardziej wyjątkowym. Istotą tego jest sposób ich zaparzenia.

W Cheder Cafe można zamówić też, oprócz kaw i herbat, sezonowe ciasta i drobne przekąski, a także – ciekawostka –  wina koszerne.

Cheder Cafe

ul. Józefa 36, Kraków

Cheder Cafe na FB

Cytat Cafe

Tego dnia bardzo padało, była noc i dosyć chłodno, więc po intensywnym spacerze po całym Kazimierzu wylądowaliśmy w Cytat Cafe.

Wnętrze swoim wystrojem zachęcało do rozmów lub samotnego czytania. Nazwa kawiarni nie wzięła się znikąd, bo cytaty umieszczono, gdzie tylko się dało – nie tylko w menu, ale można je było dostać do każdego zamówienia. Wybraliśmy grzane wino i zieloną herbatę „Mały Budda”. Wino, jak to wino, powiedzmy, że ok, podobnie jak ciasto. Ciekawsza okazała się herbata – dawno nie piliśmy tak dobrej zielonej herbaty jak tutaj.

Cytat Cafe

ul. Miodowa 23, Kraków (Kazimierz)

Cytat Cafe na FB

 

 

«
»